Dekada Niepewności – 4

Fiskalne możliwości i inflacyjne konsekwencje

„Walczenie” z kryzysikiem za pomocą wydawania pieniędzy, których się nie posiada jest najlepszym sposobem na wywołanie kryzysu niewypłacalności państw oraz powrotu wysokiej inflacji znanej z przełomu lat 70-ych i 80-ych.  Zwłaszcza jeżeli przyczyną kryzysiku, z którym się "walczy" jest zbyt wysoki poziom zadłużenia i straty na zbyt wielu udzielonych kredytach.

Owszem państwo może i powinno zmniejszać dolegliwość recesji stymulując gospodarkę. Ale tylko, gdy ma oszczędności budżetowe, lub jest nisko zadłużone i może pożyczać pieniądze bez zbytniego ryzyka niewypłacalności. Takie Chiny, Chile i Estonia mają oszczędności budżetowe. Natomiast większość państw zachodu bawiących się w stymulację nie ma ani oszczędności, ani nie jest rozsądnym, by dużo pożyczały, bo już są wysoce zadłużone. Jeżeli pomimo tego "walczą" z recesją wydając pieniądze, których nie mają to testują na ile inflacji mogą sobie pozwolić bez wywołania wysokiej inflacji, oraz na ile mogą się zadłużyć bez wywołania kryzysu niewypłacalności. Ta zabawa  nie może się skończyć inaczej niż źle. Co najwyżej oddali pojawienie się prawdziwego kryzysu i uczyni je boleśniejszym.

Politycy krajów zachodnich zawzięcie „walczą” z recesją poprzez stymulowanie popytu z wydatków rządowych bez patrzenia czy stać ich na tę walkę czy też nie. Swoją drogą kiedy zamiast retoryki „walczymy z recesją” politycy uczciwie powiedzą „niwelujemy niektóre skutki recesji”, bo więcej nie jesteś my w stanie zrobić?  Wydatki na tę „walkę” rządy państw zachodu finansują pożyczonymi pieniędzymi. W tym roku w krajach rozwiniętych przeciętny deficyt budżetu państwa wyniesie ponad 5% PKB! Rezultat godny republik bananowych. Dwa lata takich wydatków i dług do PKB (zakładając stabilne PKB) wzrośnie o 10% PKB. Cztery lata i dług wzrośnie o 40% PKB. Te liczbe to jednak tylko przeciętne wydatki. Rekordziści typu USA, Wielka Brytania i Irlandia będą mieli w tym roku  deficyty przekraczające 10% PKB!

To jest mocno niecodzienne. Państwa „walczą” za pomocą udzielania kolejnych kredytów z kryzysikiem spowodowanym nadmiernym udzielaniem nietrafionych kredytów przez słabo nadzorowane banki, które miały zbyt łatwy dostęp do zbyt taniego pieniądza. Tym razem kredytów  udzielanych od podatników do tych co udzielali złych kredytów, oraz do politycznie wpływowych branż gospodarki. Ciekawe ile z tych kredytów będzie „trafione” i przyniesie zwrot równy co njamniej ich kosztowi? Znając życie niewiele z tych kredytów zarobi na siebie, a w nadmiernym zadłużeniu i spowolnionym wzroście koszt poniosą szerokie rzesze obywateli dziś, jutro i w dalszej przyszłości.

Swoje postępowanie zachodni politycy tłumaczą wybiórczym odwołaniem do ekonomii. Najchętniej cytują Keynesa i przypominają, że gdy wszyscy na raz zaczną oszczędzać to wszyscy staną się biedniejsi. Więc logiczną w ich opinii konsekwencją jest, by w obliczu sektora prywatnego, który w końcu oszczędza rząd wydawał i niwelował gospodarczy skutek oszczędności sektora prywatnego.

O ile moży bym ufał Lordowi Keynesowi, który w nosie miał polityków i ich elektoraty, by we właściwej chwili zwiększył podaż pieniądza o potrzebną sumę, a we właściwej chwili ją zmniejszył. O tyle oczekuję, że politycy staną na wysokości swojej reputacji i wydadzą za dużo pieniędzy, których nie ma, by skutki kryzysu przerzucić poza swoje elektoraty – na oszczędzających poza granicami, oraz na przyszłe w małym stopniu głosujące obecnie pokolenia.

Politycy państwowy dług denominowany w walucie krajowej mogą zmniejszać poprzez spłatę długu z wpływów podatkowych, lub poprzez inflację. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć co wraz z narastającym długiem będzie coraz bardziej kusić polityków. 

Nadzieja na to, że niezależne banki centralne w odpowiednim czasie wbrew politykom zmniejszą podaż pieniądza, by ochronić stabilność dolara, funta czy innej waluty jest naiwna. Nawet przy dobrych chęciach i unmiejętnościach ocena, kiedy kończy się recesja i trzeba zmniejszać podaż pieniądza jest niezwykle trudne. A teraz, gdy banki centralne coraz częściej na swoich bilansach mają dług wyemitowany przez prywatne instytucje, lub są zaangażowane w ratowanie poszczególnych banków szansa, że banki centralne znajdą polityczne jaja, by powiedzieć, że w ramach zmniejszania podaży pieniądza sprzedadzą dług wyemitowany przez firmę A i bank B, lub też podniosą stopy procentowe wiedząc, że spowoduje to upadłość banków C i D jest coraz mniejsza. Przez lata banki centralne nie brały na swój bilans długu emitowanego przez prywatne instytucje, by unikać politycznej w swej istocie decyzji, kogo sponsorować pieniędzmy podatnika. Teraz, gdy błąd ten został popełniony w USA możemy tylko czekać na inflację, spadek dolara i dzień w którym Chińczycy powiedzą Amerykanom, że nie będą dłużej kupować insturmentów dłużnych denominowanych w dolarach. Zwłaszcza jeśli dalej będą na światło wychodzić afery wśród regulatorów, na rynku, który korzystał do tej pory z opinii najelpeiej regulowanego i najbardziej płynnego.

Ale rzeczywistość jest jeszcze bardziej ciekawa, bo dotyczy nie tylko USA, ale większości krajów zachodnich, które są zaangażowane w niwelowanie obecnej dolegliwości kryzysiku kosztem większych kłopotów z inflacją i wypłacalnością państw w przyszłości.

Trudno się więc zabezpieczyć przed ryzykiem spadku walut ponieważ na razie nie wiemy, które państwa z jakim skutkiem dla siebie sięgną po inflację, jakie skutki to wywoła w innych państwach, oraz nie wiemy, które państwa w rezultacie tych zabwa okażą się niewypłacalne. Najszybciej ryzyko kłopotów może zrealizować się w Irlandii, Grecji, Hiszpanii, Portugalii lub Włoszech. Największe kłopoty będą jeśli ryzyko zrealizuje się w Wielkiej Brytanii lub w USA.

0 comments… add one

Leave a Comment