Zupełnie normalna w demokracji satyra jest w Nowej Dębie przedmiotem dochodzenia policyjnego. Oto zbrodniczy materiał:

Źródło: „Tygodnik Nadwiślański”
Plakaty zawierają zdjęcia radnych z podpisem „Wanted Morderca Szpitala”. Poszło o głosowanie radnych powiatowych o zamknięciu oddziałów w lokalnym szpitalu. Decyzja mało popularna. Więc wywołała wzburzenie i krytykę. Ale według sportretowanych te plakaty to:
Teraz policja prowadzi sprawę. Mogli powiedzieć radnym „mamy w Polsce wolność słowa, a my ścigamy prawdziwych przestępców”. Ale funkcjonariusze wolą za nasze pieniądze prowadzić dochodzenie. Wolni obywatele mają prawo słowem, każdym słowem, piętnować władzę. Przynajmniej jeśli chcą pozostać wolni.
Szczucie prokuraturą i wycie elitystów na Stanowskiego. Bo obraził urzędniczki od mandatem 2500 zł za pizzę z krewetkami. Te i im podobne zdarzenia obrazują, kto jest wrogiem naszej wolności.
Symboliczne piętnowanie to broń słabych. Wentyl bezpieczeństwa konieczny dla zdrowia społecznego. Niezbędne katharsis. Niedostępna inaczej rządzącym informacja, że przeginają! Czasami z bezprawiem, zwłaszcza tym odzianym w majestat prawa, nie możemy wiele zrobić. Ale przynajmniej możemy się pośmiać. Powiadomić śmiechem, podnieść na duchu innych i tak owszem poniżyć nadętych czynowników!
Od lat słyszymy o ofiarach urzędów skarbowych. Mechaniku, który po dobroci i za darmo wymienił kobiecie żarówkę, a ta okazała się podstawioną agentką skarbówki. Ofiarach ulgi meldunkowej, w tym samobójstwach osób zaszczutych przez urzędniczą machinę. I co? I nic! Zgodnie z prawem urzędnikom nic nie można zrobić. Są bezkarni! To chociaż pośmiejmy się i pozłorzeczmy!!
Oburzający się na Stanowskiego to mniej więcej te same środowiska, które chwaliły nawoływanie z desek teatru do czynienia krzywdy Kaczyńskiemu. To nie tylko hipokryzja. To obnażenie systemowej asymetrii stosowania prawa. Zasada jest prosta: ci, którzy mają salony i deski teatru mogą mówić więcej. Oni uprawiają „sztukę”, ty uprawiasz „mowę nienawiści”.
Jeśli chcemy być równi czas skasować art. 212 kodeksu karnego („Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej”). Nie ma powodu by aparat państwa z mocy kodeksu karnego i za pieniądze podatników stawał po jednej ze stron w sporze o słowa. Wystarczy zostawić możliwość cywilnego pozwu. Uważasz, że ktoś cię zniesławił, panie radny czy pani urzędniczko? Udowodnij pomówienie oraz straty, które poniosłeś przez złe słowa.
Stanowski sobie poradzi. Skarbówka, szczując na niego prokuraturę, tylko wykreuje go na trybuna maluczkich i napędzi mu rekordowe zasięgi. Ale w tym sporze nie chodzi o Stanowskiego. Chodzi o całą resztę z nas. Jeśli nie chcemy wybiórczego stosowania prawa wobec najsłabszych, naszym absolutnym prawem musi być piętnowanie władzy. Każdym słowem.
Jedyną granicą wypowiedzi powinien być moment, w którym wypowiedź przeradza się w przemoc. To jest wtedy, gdy wypowiadający słowa bezpośrednio do odbiorcy ma zamiar i możliwość natychmiast doprowadzić do przemocy wobec odbiorcy słów. Na przykład: gdy ktoś stoi nad kimś z kijem i krzyczy: „przypierdolę ci zaraz tym kijem”. To już nie wolność słowa, ale bezpośrednia groźba zastosowania przemocy. A od fantazjowania w internetach o przywiązywaniu urzędników do pręgierza na rynku, wieszania czyjejś podobizny na szubienicy, do wiązania czy wieszania żywej osoby zbyt daleka droga, by karać brzydko mówiących o władzy.






