Państwo polskie moim wrogiem – 4

Pewnego dnia do wynajmowanego przez mnie mieszkania na nieogrodzonym wysoce chwalonym przez zwolenników otwartego miasta osiedlu Sady Żoliborskie ktoś mi się włamał. Straty byly drobne: dwa garnitury, troche perfum, kilka koszul, oraz kurtka narciarska. Natomiast poznanie funkcjonowania policji państwowej było bezcennym doświadczeniem. 

Włamanie zgłosiłem policji, bo uważałem, że tak czyni porządny obywatel. Przyjechali w miare szybko, w jakieś kilkanaście minut. Jednak zanim przekroczyli próg już powiedzieli, ze nikogo nie złapią. Potem dwie godziny(!) siedzieli i wypełniali jakieś durne formularze, marudząc przy tym, że długopisy do tego wypełniania sami kupują za własne pieniądze. Na uwagę, że w ogródku są ślady butów włamywaczy policjanci powiedzieli, że nie mają materiałów do zrobienia odlewów, więc się nimi nie zajmą i jeszcze coś dodali, że gdyby to było morderstwo to by cały sztab ludzi przyjechał zabezpieczaś ślady. Na widok silnika do motorówki, który leżał w przedpokoju policjanci coś wspominieli o fałszywych zgłoszeniach mających na celu wyłudzenie odszkodowania, niby nie do mnie, ale jednak do mnie.

Po kilku tygodniach dostałem postanowienie o umorzeniu postępowania. Postanowienie informowało, że mogę się od zawartej w nim decyzji  odwołać w terminie dwóch tygodni. Jednak by nic takiego nie przyszło mi do głowy data w postanowieniu wpisana przez policjantów, była o trzy tygodnie wcześniejsza od daty stempla pocztowego na kopercie w której przyszło postanowienie. 

Policja państwowa, która za moje pieniądze ma chronić mojego mienia w dupie miała szukanie włamywaczy i jasno mi to powiedziała. Nie zabezpieczyła podstawowych śladów (jeśli nie mieli wosku do robienia odlewów, to co im szkodziło zrobić zdjęcie z aparatu, który mieli przy sobie, lub chociażby zmierzyć ślady butów). Dziś już nie jestem zły, że sugerowali mi, że zadnego włamania nie było i mogłem sobie to sam wymyslić – może próbowali zobaczyć moją reakcję na taki zarzut – ale przyznam, że wtedy nieźle mnie zapienili.  To wszystko jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo gdybym sam pracował dla takiej instytucji jak nasza policja i miał takich szefów jak nasi policjanci to też, by mi się pewno nie chciało.  Ale robienie numerów z wpisywaniem wcześniejszej daty na odwołaniu, lub jego przetrzymywanie przed wysyłką, tak by mi uniemożliwić odowłanie się od decyzji o umorzeniu śledztwa to już niepotrzebne gówniarstwo. Nie wiem, czy bym się odwoływał, gdyby nie zrobili tego numeru. Ale wiem, że mam organizację, która tak postepuje za zbiorowisko drobnych gnojków. Co gorsza, wiem, na sobie i od moich znajomych, że antydatowanie kwitów w wyżej opisany sposób jest powszechnym procederem.

Kiedyś starałem się o pozwolenie na broń gazową. Odmowę dostałem z datą odwołania, która minęła wiele tygodni przed datą stempla pocztowego. Znajomi, którzy mieli doczynienia z policją mieli podobne sytuacje…

Następnej wiosny na parkingu przy moim bloku była plaga włamań do samochodów oraz ich kradzieży. Którejś nocy obudził mnie alarm mojego samochodu. Wyglądam przez okno, a tam dwóch łebków majstruje przy moim samochodzie. Nie wiele myśląc złapałem bagnet do kałasznikowa (mam drobną kolekcję bagnetów), pogoniłem i dogoniłem, i wykrzyczałem złodziejom, że jak ich tu jeszcze raz zobaczę to gardła im popodrzynam. Plaga włamań na przyblokowym parkingu skończyła się.

Spotkania ze złodziejami nie zgłosiłem policji, bowiem ratując swój samochód (tylko mienie) przekroczyłem granice obrony koniecznej oraz dokonałem groźby karalnej.  I wiecie co? Jestem z tego dumny. A przed włamywaczami chronię się sam i nie liczę na państwową policję.

C.D.N.

0 comments… add one

Leave a Comment