Jednym z powodów dla których nie studiowałem w Polsce był sport. A raczej zamordystyczne podejście do sportu. Przez dwa tygodnie studiowałem na anglistyce na Uniwersytecie Warszawskim. Dłużej nie wytrzymałem. Na polskich uczelniach wychowanie fizyczne było (jest?) obowiązkowe.
W ramach dbania o moją kondycję UW nakazał mi ćwiczyć w jakiejś szkolnej sali gimnastycznej pod Okęciem. Na obowiązkowe zajęcia wyznaczono godzinę 20-tą. Ponieważ mieszkałem na Żoliborzu droga z domu do wyznaczonej mi sali gimnastycznej zajmowała w jedną stronę półtorej godziny. Pomijam taki drobiazg jak brak pryszniców, bo na początku lat 90-ych było to zjawisko nieznane w naszych szkołach.
Przyznam, że choć lubię sport to nie uśmiechało mi się dymać komunikacją publicznją trzy godziny na drugi koniec miasta i z powrotem, by w nocnych godzinach pod przymusem w obskurnej sali dbać o swoją kondycję. Na obowiązkowe zajęcia z WF-u pojechałem tylko raz lub dwa. Potem powiedziałem, basta! Z całą świadomością, że wylecę z uczelni jeśli nie zaliczę wychowania fizycznego. O dzięki wam światli włodarze Uniwersytetu Warszawskiego za dbanie o mą kondycję fizyczną.
Trzy lata później trafiłem na Harvard. Nie było tam obowiązkowego WF-u. A jednak moja uczelnia wystawiała zespoły sportowe do konkurowania z innymi uczelniami w ponad 120 dyscyplinach sportu. Zespoły te składają się ze studentów, którzy zostali sportowcami z własnej nieprzymuszonej woli.
Natomiast ci studenci, którzy nie chcieli ćwiczyć tak intensywnie jak reprezentacja uczelni mogli uprawiać sport w ramach konkurencji wewnątrz uczelnianej. Poszczególne akademiki konkurowały w kilkudziesięciu dyscyplinach sportu. W lidze wewnątrz uniwersyteckiej równierz grają tylko ochotnicy.
Ja na studiach zostałem wioślarzem. Z własnej woli uczestniczyłem w obowiązkowych treningach sześć razy w tygodniu – opuszczeniu choć jednego treningu skutkowało wyrzuceniem z drużyny, nigdy nie opuściłem ani jednego treningu.
U nas wychowanie fizyczne było obowiązkiem ezgekwowanym przez uczelnię, tam doborowlną decyzją każdego studenta. U nas młodzież jest cherlawa, tam wysportowana. Ot taka drobna różnica mentalna pomiędzy Polską a USA.







Młodzież Harvardu może jest wysportowana. Natomiast generalnie młodzież w USA jest GRUBA, GRUBA i jeszcze raz GRUBA.
Bija naszych! Dajmy im odpor!
Wpis ktory krytykujesz jest o tym, ze mlode elity jednego kraju sa na mocy ustawy zmuszane do sportu – a pomimo tego sa cherlawe.
Natomiast mlode elity drugiego kraju z wlasnej woli regularnie uprawiaja sport.
Owszem w USA jest sporo grubasow – zazwyczaj wywodza sie z plebsu. Jednak wiekszosc studentow i absolwentow regularnie uprawia sport.
Tylko tak sie niefajnie składa, że gruby “plebs” (dziwi mnie, że Ty – marksita i krytyk autorytetów – używasz tego słowa) jest zasadniczą większością, a wysportowanych managerów z Harvardu jest niewielu. Jakie masz dowody na to, że Polacy są cherlawi? Nie posługujesz się żadnymi danymi, żadnymi faktami, tylko własną maruderską i szukającą dziury w całym spekulacją. Ale niech i tak będzie – rozumiem już, że dyskutowanie z Tobą po prostu nie ma sensu, więc pozdrawiam serdecznie i obiecuje, że więcej komentować nie będę.
O co chodzi z tym “marksista”? Blog z tresci wyglada na liberalno – konserwatywny. Czy dobrowol kiedys sie deklarowal jako marksista? Czy moze teraz jest w Polsce zwyczaj, ze sie mowi na kogos marksista jak sie czlowiek zdenerwuje? Tak z ciekawosci pytam, zeby byc na biezaco.
Co do kwestii grubasow w USA, to zgadzam sie z tym co Dobrowol mowi, ze (nad)waga w USA koreluje negatywnie ze statusem spolecznym (i z czym A. Przegalinska sie zgadza w tonie polemicznym, zwracajac uwage na oczywisty fakt, ze elity sam mniejszoscia). Nie sadze tylko ze to wynik wolnosci wyboru sportu na uczelni, raczej tego, ze dobre jedzenie jest znacznie drozsze od typowego. W Polsce mysle, ze takiej zaleznosci nie ma.
jest jeszcze jeden aspekt. moim zdaniem takie uprawianie sportu wynika z tego iz istnieją odpowiednie warunki, infrastruktura no i możliwości uprawiania wielu dyspcyplin nawet w publicznej szkole średniej (do której sam uczęszczałem mieszkając w NY). aha i zapomnniałem dodać że oprócz szerokiego spektrum zajęć sportowych po lekcjach, to w czasie godzin szkolnych WF mieliśmy codziennie, z czego połowa lekcji zajmowało wykonywanie ćwiczeń, i nauczyciele pilnowali czy robimy postęp w pompkach, przysiadach itp. W porównaniu do betonowego boiska z mojej podstawówki w WWie była to miła zmiana. Cóż nie można się dziwić później, że studenci idąc do collegu ćwiczą bez zbędnego przymuszania.
A owszem marksista – Marks genialnie podsumowal osiagniecia XIX-wiecznych nauk spolecznych, tylko biedak ekonomii sie niedouczyl i z ta wartoscia dodana pracy co to kapitalista ja przywlaszcza troche zagmatwal sprawe.
A co do statystyk to kolezance filozof co to zadnej statystki nie przytoczyla, lecz jedynie trzy razy grubasy powtarzac potrafi polecam liczne publikacje profesora Przewedy o usportowieniu polskiej mlodziezy. Od lat 70-ych spada sprawnosc i wydolnosc fizyczna polskiej mlodziezy. I to w o wiele wiekszym stopniu niz w inych krajach uprzemyslowionych — a jesli profesor Przeweda nie wystarczy to jakiekolwiek badanie oparte o standartowe testy typu Miedzynarodowy Test Sprawnosci Fizycznej, czy Eurofit powinny kolezanke zadowolic.