Szkoła poddanych czy wolnych obywateli?

Od kilku dni zastanawiam się jak to jest, że 20 lat temu zmienił się w Polsce ustrój polityczny i system gospodarczy a szkoły pozostały takie same.  To znaczy oddano budynki szkół i odpowiedzialność za płacenie pensji nauczycieli samorządom, a te dorzuciły więcej kasy niż na szkoły dało im państwo. Można też na lekcji historii powiedzieć co się zdarzyło 17 września i w Katyniu. No jeszcze pozwolno nauczycielom wybierać podręczniki napisane wedle tego samego ministerialnego programu. Ale kształcenie i wychowanie, czyli to co najważniejsze nadal jest takie jak za PRL:  jedno ministerstwo w Warszawie ustala jaki zakres wiedzy będzie egzekwować od nauczycieli, a ci bedą egzekwować od uczniów w całej Polsce. Uczeń nie może wybierać i samodzielnie myśleć.

No właśnie polski uczeń cały czas nie może wybierać przedmiotów, których będzie się uczył, ani lektur, które będzie czytał bo ministerstwo w Sankt Petersburgu, przepraszam ministerstwo w Warszawie wie lepiej i w dupie ma motywację do nauki wynikającą z wyboru, oraz w dupie ma wychownaie w kulturze odpowiedzialności za własne wybory. Szkoła polska nadal produkuje poddanego, a nie obywatela. Trochę tak z rozpędu, ale chyba bardziej niestety w odpowiedzi na oczekiwania Polaków.

Gdy od kilku dni opowiadam swoim znajomym o szkołach gdzie nie ma listy lektur obowiązkowych, a uczniowie sami wybierają lektury, oraz sposób prezentacji klasie (a nie nauczycielowi!) zaczerpnietych z lektur odkryć i przeżyć, gdy opowiadam o szkołach gdzie uczniowie sami wybierają sporą część przedmiotów, których się uczą, gdy opowiadam o szkołach gdzie uczniowie wiele zadań realizują w grupach, a nuczyciel ich wspiera, zamiast zadawać i rozliczać to spotykam się z niezrozumieniem, niedowierzaniem, zaprzeczniem, oraz szukaniem na siłę argumentów dlaczego to są niemądre pomysły, lub dlaczego nie mogą zadziałać w Polsce.

Coś mi się wydaję, że szkoła, która wychowuje obywateli samodzielnie myślących, potrafiących pracować bez nadzoru i w grupie jest tak kulturowo obca Polakom, że nie mieści się nam w głowach.

4 comments… add one
  • geek1 Aug 19, 2009, 9:55 am

    A gdzie są takie szkoły? Serio pytam…
    Jedną z wielu przyczyn tej sytuacji, jest według mnie wciąż ta sama mentalność: “to szkoła ma mi wychować dziecko, a nie ja”. Kwestia przyjęcia odpowiedzialności za własne czyny i wychowanie własnych dzieci.
    Co i rusz na placu zabaw słyszę, jak oburzony rodzic przez telefon mówi (autentyk): “Co ona sobie myśli! Że ja mam niby w sobotę i niedzielę jeszcze z nią jakieś ćwiczenia robić? ‘Łikend’ to jest żeby odpocząć!”

  • rob Aug 20, 2009, 4:37 pm

    wiekszosc szkol w usa (jednak ich system K-12 tez jest bardzo slaby [panstwowy]), sadze, ze szkoly w anglii, singapurze i krajach anglo-saskich ogolnie rowniez maja tego rodzaju szkoly.
    Jednak nie nalezy sie pytac ‘gdzie’ lecz ‘jakie’ szkoly oferuja taki sposob nauczania budujacego umiejetnosci pracy indywidualnej jak i w grupie, oraz obywatelska postawe i krytyczne myslenie: odpowiedz jest prosta – PRYWATNE szkoly (i nalezy dodac nie regulowane przez urzrednikow z petersburga/warszawy). Tym bardziej prywatne szkoly w anglo saskich krajach..
    http://www.schoolchoices.org/roo/fried1.htm

  • Beatal Aug 21, 2009, 9:25 am

    Moim zdaniem największym(choc nie jedynym) problemem szkoły w Polsce jest uprzedmiotowienie zamiast upodmiotowienia.
    W szkołach społecznych i w większości, w prywatnych liczy się wynik. Jakoś tak się dzieje, że najważniejsze jest miejsce szkoły w rankingu. Wyniki kojarzą się dyrekcjom z pozycją w rankingu a pozycję trzeba zdobyć i już. Więc po pierwsze, na początku ważna jest SELEKCJA, POTEM DZIECKO MUSI SIĘ UCZYĆ. CO NALEŻY ROZUMIEĆ – ODRABIAĆ CO ZADANE I PISAĆ DOBRZE SPRAWDZIANY.
    W mom przypadku wyglądało to tak:
    – Sprawdziłam co się dzieje w szkole rejonowej i tu, jako trzęsąca się o swoją małą dziewczynkę matka, doznałam szoku. 7 klas po 27ro, 29ro dzieci w każdej !!!! Świetnie przecież nawet się nie zorientują kto to jest taka Aleksandra i co ona tam robi, czy jest, czy jej nie ma, czy ma jakieś problemy i jakie, czy jej się podoba czy nie …. i jeszcze 1000 innych pytań ….
    – Popędziłam więc czem prędzej do pobliskiej społecznej. A tam proszę bardzo, oczywiście tylko rozmowa kwalifikacyjna i bez problemu. Po rozmowie usłyszałam….
    Eeeeee, hm……., no cóż……, mało miejsc………., nie wiemy……
    No to ja na to po 5 telefonów tygodniowo z pytaniami: czy coś już wiadomo? Kiedy będzie? Bardzo proszę…Ja sobie nie wyobrażam żeby nie…. Itp.
    Przyjęli. Hurrrrrrra będzie świetnie!
    Moje dziecię uparło się, że się uczyć nie będzie.
    W klasie 9 w porywach do 14 osób. A ja nauczyłam się, że wizyty rodzica w szkole to wielce traumatyczne przeżycie. Dowiedziałam się, że mam coś zrobić żeby Ola poprawiła wyniki a ja no to bardzo chętnie, bardzo poproszę powiedzieć co jeszcze. bo lekcje odrabiamy razem, albo z babcią. Wspólnie przeżywamy załamanie nerwowe z lekturami, dodajemy, odejmujemy, piszemy, rysujemy (znaczy ja rysuję bo za każdym razem kiedy Ola coś narysuje to pani nie powiesi, nie oceni, usiądzie na tym, upchnie pod szafkę, albo coś „w podobie”. Więc ja rysuję Ola koloruje – sukces wspólny, czasem uda nam się dostać 3).
    Z tego okresu pamiętam głównie śledztwa w sprawie tego co jest zadane. Aleksandra nauczyła się perfekcyjnie sztuki jak unikać nauki, zapominać o sprawdzianach, doprowadzać wszystkich w rodzinie do dzikiego obłędu i sprawić, że o 24.00 to już i tak się poddam i wszystko zrobię żeby tylko móc doczołgać się do łóżka. Zwykle dostawałam 3. Ola dzielnie oddawała puste albo prawie puste kartki na sprawdzianach…… coś nam chciała powiedzieć????
    Psycholodzy, pedagodzy, logopedzi….. korepetytorzy, specjaliści – d…a w krzakach. Nikt nic nie wie o co chodzi.
    Udało nam się skończyć podstawówkę. Kilka 2 reszta 3. SUPERRRR!!!
    – Paskudnie było ale się skończyło. Teraz gimnazjum. Państwowe. Koniec już z wyścigiem po oceny, zezującymi rodzicami współplemieńców! Teraz im pokażemy.
    Po pierwszym semestrze mi przeszło trochę, po roku bardziej. Jakiś alkohol, papieroski, WAGARY….. Ja nie wiedziałam co robi moja maleńka dziewczynka w ciągu dnia !!!! RATUNKU!!!! Mam gdzieś jedynki ja chcę wiedzieć, że moje dziecko jest bezpieczne!!!!
    – Od drugiej klasy do szkoły prywatnej marsz. Powtórka ze społecznej po roku najlepsza ocena to 3 dawkowane oszczędnie. Na zebraniach i rozmowach z dyrekcją komunikat. To Ola musi się uczyć, To Państwo musicie coś zrobić i znowu moje : Bardzo chętnie tylko co???.
    Skończyło się na korepetycjach po 3-4 godziny dziennie przez pół roku a potem na wizytach u kolejnych psychologów, pedagogów i innych specjalistów. NIKT NIC NIE ROZUMIE I NIC NIE WIE. Taka rozsądna, bystra dziewczynka…. o co chodzi.
    W tym czasie Ola dziko haruje w stajni, spędza tam każdą wolną minutkę i ….. opanowuje końskiego potwora, na którego ja nie wsiadam bo się boję. ON JĄ KOCHA. DO SZALEŃSTWA KOCHA. Mnie całym sobą mówi żebym płaciła i głowy nie zawracała.
    Po poradach specjalistów odpuściłam zupełnie, no dobra ;-)) prawie zupełnie. Nie chce się uczyć to trudno. Na zebraniach po otrzymaniu kartki z ocenami byłam gotowa zjeść ją natychmiast byle nie widzieć tego co tam jest. A może pododawać te jedynki to w większości wyjdzie 5 albo 6??
    W 3 klasie na koniec sesja i moja panika. Olka zagrożona masakrycznie ale jest szansa zrobi prezentacje, eseje, stanie na głowie damy radę. Ja w panice podkładam jej swoje prace z uczelni (były na 5 i 6 – na uczelni znaczy na tyle ocenione).
    Ola pisze SAMODZIELNIE !!!! (na co ja ze szczęścia ryczę w kącie mącząc rolkę papieru) następny rozdział książki „Zaklinacz koni”. Piękny … cudowny, wspaniały i całe 9 stron A4.
    Uppppps….
    Za rozdział 3, za moje prace 2 i 3. Matko przenajświętrza co jest grane??
    Wizyta u derekcji. No tak ale … przecież nie możemy tak nagle…., Ola źle to zaprezentowała i ……. hit hitów : ta dwójka to dlatego, że oprócz eseju miała prezentację a miał być tylko esej. Ja na to, że to były tylko ilustracje do eseju (matko święta to ja jej podsunęłam ten pomysł). Po negocjacjach z 2 zrobiło się 4 co i tak nie pomogło z końcowej 1 zrobić 2 i Ola sobie została dzielnie w trzeciej klasie.
    Nastąpiła powtórka z rozrywki ale zdała.
    Ja w panice co dalej, moje dziecko nie ma pojęcia i nie zamierza się tym przejmować. Jeździ konno.
    Przejrzałam internet, poradniki, przewodniki, wypytałam znajomych, kolegów znajomych, znajomych znajomych, krewnych i znajomych królika.
    Znalazłam liceum, które przyjęło moją córeczkę maleńką na podstawie „zaprezentowanej prezentacji”. W e-mailu napisali, że jest bardzo bystra i ma potencjał. Ja tylko czekam aż zacznie się rok szkolny i im przejdzie. Na razie Pan dyrektor po otrzymaniu jej świadectwa i wyników egzaminów nie wyskoczył przez okno. A ja po takiej zwykłej ludzkiej rozmowie z nim mam…………………………………. jakąś nadzieję.
    Podsumowując powiem tyle. Mam jakieś takie niejasne wrażenie, że coś chodzi tu o jasne powiedzenie przez moje dziecko:
    – nie jestem przedmiotem.
    – czy ktoś może mnie zapytać czego chcę, wziąć pod uwagę czym się interesuję
    – pogadać ze mną jak z drugim człowiekiem, który ma problem
    – docenić jak wychodzę z siebie i zrobiłam piękną pracę z biologii czy innego polskiego oddając jej duszę
    – nie wpychać mnie „do pudełka”, „szufladki” itp.
    Wszystkich czytających przepraszam za długość odpowiedzi ale emocji „nie strzymiłam”.
    W niecierpliwym oczekiwaniu na komentarze pozostaję z poważaniem.

  • Monika Aug 21, 2009, 9:34 am

    My niestety jesteśmy tu i teraz. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że szkoła się nie zmieniła od lat 70-tych.
    Zmieniła się, jednak na gorsze. Wiem, bo mam dwoje dzieci, które chodzą do podstawówki, tej samej do której i ja chodziłam. Pomijam chory trójpodział: podstawówka, gimnazjum i liceum, chodzi o to, że zmienił się nie tylko system gospodarczy i ustrój polityczny, zmienił się przede wszystkim świat i żyjący w nim ludzie, w tym dzieci, nasze szkolnictwo nie nadąża za tym.
    Nauczyciele nie potrafią sobie radzić ani z dziećmi, ani z rodzicami. Sądzę, że mimo iż dokształcają się cały czas, są ze swoja wiedzą wciąż krok za uczniem, który rozwija się równie dynamicznie, jak powstają kolejne generacje komputerów, nauczyciele uczą bez zaangażowania i nie potrafią uczniów porwać swoją pasją.
    Tu pytanie, czy tacy z pasją jeszcze są, czy nauczyciel, ksiądz i inne profesje publiczne, to wciąż powołanie, pasja, czy już tylko zawód, jak inny.
    Natomiast uczniowie rzeczywiście wychowywani są na poddanych, którym do głów wciskana jest wiedza mało przydatna i mało interesująca. Mają siedzieć cicho i spokojnie, nie zadawać zbyt wiele pytań, bo mogłoby się okazać, że nauczyciel może mieć kłopot z odpowiedzią.
    Nie uczy się dzieci w szkołach jak radzić sobie w dzisiejszych czasach, jak radzić sobie ze stresem, z agresją, jak być asertywnym, a nie chamskim zwyczajnie.
    Nie pomaga się w identyfikacji najsilniejszych stron i predyspozycji ucznia, ani się ich nie rozwija. Listę tych “nie” można ciągnąć w nieskończoność. Poza tym wracając do tego co napisałam wcześniej takich rodziców, o jakich mowa w poście wyżej jest zdecydowana większość.

Leave a Comment