Wolność słowa studentów

Na polskich uczelniach, gdy organizacja studencka chce wywiesić plakat, to każdorazowo potrzebuje pytać o zgodę władz uczelnianych. Powszechność tego zwyczaju wiele nam mówi o polskich uczelniach i jeszcze więcej o polskim społeczeństwie.

We Wrocławiu wymagają od studentów wniosku wraz z uzasadnieniem przynajmniej na trzy dni przed planowanym terminem umieszczenia ogłoszenia:

Wydawanie zgód jest scentraliowane: jedna lub co najwyżej dwie, czasem trzy osoby wydają zgody na wywieszenie plakatów. Zawsze jest to zgoda uprzednia, co wiąże się z poznaniem i akceptacją treści plakatu przez władze uczelni .

Pieczątka na większości uczelni nadal jest nieśmiertelna. Nawet gdy masz już zgodę na wywieszenie plakatu, to jeszcze musisz podstemplować swoje plakaty u uczelnianych władz, na niektórych uczelniach stempluje nie byle kto, bo Szanowna Pani:

Na SGH kilka lat temu było tak, że zatwierdzone plakaty trzeba było złożyć w odpowiednim biurze i po paru dniach rozwieszał pracownik uczelni. Ponieważ był sam i obsługiwał wszystkie organizacje, to mu długo schodziło. Studenci by sami swoje zatwierdzone i podstemplowane przez władze plakaty rozwiesili za darmo i szybciej. Ale co by wtedy robił pan od plakatów?! I kim był by szef pana od plakatów, gdyby brakło pana od plakatów?

Na pytanie dlaczego, nie może być tak, że każda organizacja studencka uznana przez władze uczelni wiesza plakaty wedle własnej woli odpowiadają zazwyczaj tak, że:

– jest mało miejsca i ktoś musi decydować jakie plakaty zawisną,
– trzeba kontrolować przekaz, żeby nie było polityki, lub treści zakazanych prawem,
– trzeba uważać by firmy nie przemyciły reklam na teren uczelni, za które nie zapłaciły,
– zdarzają się też tacy, którzy twierdzą, że właściciel ma prawo decydować o tym, co się dzieje z jego majątkiem, więc uczelnia ma prawo decydować jakie plakaty wiszą na jej terenie.

Jest mało miejsca? Owszem, zawsze będzie mało miejsca. Uczelnia jest jedna, a studentów tysiące. Na przykład na takim Harvardzie jest skończona liczba stojaków na plakaty organizacji studenckich (stojak w czerwonym kółku):

Źródło: Google Street View

Pomimo tego na Harvardzie, każda uznana przez władze organizacja studencka wiesza swoje plakaty bez pytania o zgodę władz uczelni. Te stojaki tak wyglądają z bliska:

Źródło: Harvard Magazine

Pani z działu administracji naszych rodzimych uczelni mogłaby dostać zawału razem z dziekanem ds. studenckich. Jaki chaos! Oni tak po prostu, sami bez pozwolenia? I jeden na drugim wieszają?!

U nas jest porządek. Na SGH ustalono, ile jest miejsc plakatowych, ile plakatów może się w takim miejscu znaleźć i można nawet w internecie sprawdzić kiedy te miejsca będą zajęte:

Nikt na takim SGH nie zaklei plakatu innej organizacji. Na tym dzikim zachodzie, u tych niemądrych amerykanów, na ich Harvardzie, po prostu podchodzi student, bez pytania o zgodę i sobie wiesza (tzn. formalnie mogą wieszać uznane przez uczelnie organizacje studenckie):

Źródło: The Crimson

U nas dobrotliwa pani z administracji czy mądry pan dziekan z rektorem dbają o studentów. Taki polski student nauczy się pisać wnioski i uzasadnienia do wniosków o wywieszenie plakatu. Pozna wagę dotrzymywania terminów, gdy spóźni się i nie dostanie na czas pozwolenia na wywieszenie plakatu. Zrozumie jak fajnie jest mieć pieczątkę na papierze. Po studiach będzie gotowy z radosnym śpiewem i zgiętym karkiem ruszyć do orki na folwarku Polska.

Boją się zalewu komercyjnych ogłoszeń? Bronić się przed komercyjnymi plakatami w niedozwolonych miejscach można również przez upowszechnienie wśród studentów normy określającej, że plakaty nie mogą reklamować działalności zarobkowej. Setki studentów wyznających taką uczelnianą normę sprawniej rozprawi się z niedozwoloną reklamą, niż cały dziekanat i wszyscy profesorowie razem wzięci. Widziałem jak to działa w praktyce: idę i patrzę, że ktoś zrywa plakat, więc pytam co on robi. A on odpowiada, tu jakaś firma naprawiająca komputery powiesiła swoją reklamę, a to miejsce na plakaty studenckie. Jeden uczy się od drugiego. Bez zwierzchniej władzy, bez administracyjnej procedury. A działa bardzo sprawnie.

Na tym Harvardzie, ci ich niemądrzy studenci, robią nawet takie bezeceństwa, że rozwieszają plakaty organizacji politycznych dotyczące wydarzeń politycznych:

Źródło: CNN

Może po prostu wiedzą, że każde działanie społeczne ma konsekwencje polityczne. A nasz zakaz uprawiania polityki na uczelniach to tak naprawdę przywilej profesury do określania co polityką jest (spotkania, które się im nie podobają), a co polityką nie jest (ich własne i ich pupilków spotkania), by pozbyć się z uczelni niewygodnych wydarzeń.

W Polsce administracja i profesura zachowują się tak, jak by byli właścicielami publicznych uczelni. Wymyślą ograniczenia wolności słowa, które nie wynikają ani z prawa, ani z ograniczeń potrzebnych do pełnienia misji uczelni. Narzucają własne wartości i własne priorytety. By legitymizować swoją uzurpację dorzucają hasła o prawie właściciela, do kontrolowania własności. Mi się wydawało, że publiczne uczelnie, a te w Polsce dominują nie są własnością profesury, a nas wszystkich. Więc profesura i uczelniani urzędnicy nie mają prawa tworzyć ograniczeń innych niż obowiązują w reszcie przestrzeni publicznej, a które nie mogą być uzasadnione funkcją, którą uczelnia ma spełniać. Ale hej, jak folwark to folwark. Co taki parobek…, znaczy student ma do powiedzenia?

To też cenna lekcja życia w Polsce. Poznajesz wagę dojść do odpowiedniego urzędnika i jego szefa. Jeśli zostaniesz rozpoznawanym w dziekanacie studentem, z właściwej organizacji, z odpowiednimi plecami, powinno ci się udać załatwić sprawy niezałatwialne. No chyba, że akurat twój plakat jest nie pomyśli rektora, lub zderzy się w czasie z wydarzeniem, które na ostatnią chwilę wymyślił sobie któryś profesor, czy uczelniany urzędnik.

A gdy już taki student opuści mury uczelni i będzie się zastanawiał dlaczego w Polsce czynności, w innych państwach łatwe, u nas są ciężkie, niech przypomni sobie jak potulnie szedł po zgodę na wywieszenie plakatu do administracji.

Mówią mi, że zgody na wieszanie plakatów to duperel, a ja znowu na smutno się czepiam. Otóż nie! Jest to drobiazg, lecz istotny drobiazg. Wartości społeczeństwa, jego naturalny sposób koordynowania się we wspólnych działaniach poznasz najlepiej, nie w jego najwyższych prawach i najgłośniej powtarzanych hymnach, lecz w tym, jak prowadzi się w sprawach najmniej istotnych.

Ale żeby nie było zupełnie smutno, to spieszę donieść, że u nas, czasem też czasem pojawia się odrobina liberalizmu. Na poniższym zdjęciu widzisz, blat na którym na SGH każdy może wyłożyć swoje ulotki bez pytania władz uczelnianych o zgodę (plakaty cały czas zgody wymagają):

1 comment… add one
  • TN Dec 3, 2016, 12:48 am

    Na angielskich uczelniach też nie wolno samemu wywiesić, trzeba mieć ,,pieczątkę” Students Union 😉

Cancel reply

Leave a Comment