Jak zlikwidujemy ciszę wyborczą

Cisza wyborcza to bezpodstawne pogwałcenie wolności słowa. W demokracji wartością podstawową jest wolność słowa, bez wolnej wypowiedzi nie ma demokracji. Każde ograniczenie wolności słowa w demokracji musi być podejrzane, bo grozi istocie demokracji: wolnej wymianie myśli przez wolnych obywateli. A przed wdrożeniem każde ograniczenie wolności wypowiedzi musi przejść wyśrubowaną ocenę niezbędności. Cisza wyborcza nie spełnia i nigdy nie przejdzie testu niezbędności.

Zwolennicy ciszy wyborczej są antydemokratami. Mają obywateli za zbyt głupich, by mogli ocenić wypowiedzi polityków i innych agitatorów. Uznają, że jedynym właściwym zabezpieczeniem jest odwołanie się do jakiegoś autorytetu, w przypadku Polski do sądu, który w trybie przedwyborczym rozstrzygnie czy wypowiedź była prawdziwa, czy nie. Ich wizją jest demokracja kontrolowana i sterowana przez elity.

Dziękuję nie! Wolę demokrację prawdziwą, gdzie to my lud decydujemy, z czym się zgadzamy, z czym nie, co jest prawdą, a co kłamstwem. Jeśli damy się wrobić jakaś nieprawdziwą wypowiedzią na kilka godzin przed wyborami w zły wybór, to mądrzy po szkodzie nauczymy się i następnym razem wybierzemy lepiej. Nie potrzebujemy, żeby jakieś mądrale nas niańczyły.

Jedyne realne zagrożenie, które antydemokraci potrafią przedstawić to nachalna zakłócająca możliwość spokojnego głosowania kampania wyborcza w lokalu wyborczym lub jego okolicy. Zminimalizowanie tego zagrożenia nie wymaga ograniczenia wolności słowa. Wystarczy skuteczny nadzór przez policję i straż miejską w dniu wyborów. Drzesz mordę w lokalu wyborczym lub wjeżdżasz z ulotkami — to nie jest chroniona wolność słowa, ale zachowanie godzące w prawo do spokojnego oddania głosu–  w kajdanki i do aresztu! Nie mam problemu ze stanowczą ochroną lokalu wyborczego i jego otoczenia w dniu wyborów. Bo możliwość swobodnego i niezakłóconego wybrania tych spośród nas, którzy będą władzą jest istotą demokracji.

Ale na razie się nie zanosi by bezsensowną ciszę wyborczą zniesiono. Donald Tusk jak to Donald mówi, tak by być za, a nawet przeciw, a tak naprawdę nic nie zrobić. Informuje nas,  że może fajnie by było gdyby ktoś zniósł ciszę wyborczą w soboty, ale w niedzielę to już nie. I nawet nie udaje, że te dywagacje skończą się uchwaloną ustawą. Hello! Kto ma większość w Sejmie? Kto może stanowić prawo? Krasnoludki, Marsjanie, albo Kaczyński? Od rządzącego polityka oczekuję oceny, czy pomysł zniesienia ciszy wyborczej jest dobry, czy zły – i wtedy albo należy go wdrożyć, albo odrzucić. Dostałeś chłopie władzę? To oczekuję decyzji i rozstrzygnięć – nie rozterek myślowych i emocjonalnych rodem z pamiętnika nastolatki.

Przy okazji chciałbym wiedzieć co Donald ma nam do powiedzenie o tym, że Radek Sikorski, jakby nie było minister jego rządu na twiterze podawał wyniki sondaży zakamuflowane jako wpisy o wynikach grzybobrania?  Jak to się ma do budowania powagi prawa? Niech Donald pomyśli, czy nie lepiej dla powagi prawa będzie znieść durne prawo, które publicznie łamie nawet minister z jego rządu.

Już bardziej uczciwy jest Jarosław Kaczyński. On mówi, że cisza wyborcza jest potrzebna, a do jej przestrzegania trzeba zmusić zaostrzonymi karami. Nie lubię jego zamordystycznych zapędów. Facet nie rozumie na czym polega demokracja. Ale przynajmniej jasno przedstawia nam swoją wizję.

Kibicuję natomiast koniunkturalistom z SLD, którzy obiecali niebawem zgłosić projekt ustawy znoszącej ciszę wyborczą. Tak, tak wiem, że potrzebują się trochę od PO odróżnić, by wśliznąć się do Sejmu z wynikiem, który pozwoli im dołączyć do rządzącej koalicji jako nowy PSL. Ale zgłaszając projekt ustawy likwidującej ciszę wyborczą iluś tam obywatelom pokażą, że można to zrobić.

Ale nie liczę na polityków. Działam i innych namawiam do działania. Od wielu lat otwarcie łamię ciszę. Nie posługuję się ezopową maskaradą – mówię na kogo głosować i podaję wyniki sondaży otwartym tekstem. Cały czas bezkarnie. Co mnie cieszy, po raz pierwszy podczas wczorajszego referendum zauważyłem, że w internecie kilku moich znajomych robiło podobnie. Nie posługiwali się eufemizmami typu "grzybobranie" lecz jak na wolnych obywateli przystało otwartym tekstem mówili co uważają i jakie informacje mają.

Nie chcą politycy po dobroci zmienić złego prawa? To cel jest prosty: żeby przy następnej ciszy wyborczej mówiąc o wyborach już tylko mniejszość posługiwała się ezopowymi eufemizmami. A gdy będziemy większością, nawet jeśli nie zmienią litery prawa to cisza wyborcza zdechnie.

0 comments… add one

Leave a Comment