Ekonomia sztuki – 1

Przez następnych kilka lub kilkanaście miesięcy bedę sporo czytał o ekonomii sztuki. Pod tym samym tytułem, będę tutaj zapisywał luźne przemyślenia i obserwacje. Dziś dwie obserwacje z lektur:


Głodujących i biedujących artystów zawsze będzie wielu, ale zmarli z głodu się nie zdarzają. Osoby aspirujące do roli artysty czerpią tyle pozapieniężnych korzyści z bycia artystą, że  konkurując pomiędzy sobą godzić się będą na stawki poniżej stawek płaconych osobom w przyziemnych zawodach wymagających podobnym poziomie umiejętności i podobnym nakładzie pracy.

Absolwentów artystycznych szkół wyższych jest znacznie więcej niż artystów zdolnych utrzymać się ze sztuki. Wielu lub nawet większość z czasem godzi się na bardziej przyziemny zawód, by utrzymac się przy życiu. Jest to tym łatwiejsze, że zazwyczaj artyści posiadają umiejętności przydatne w komercyjnym zastosowaniu. W rezultacie „głodujących” artystów bywa wielu. Ale zmarłych  z głodu raczej się nie widuje.

Dla przykładu w USA co roku wyższe szkoły muzyczne kończy około 14.000 osób z dyplomami muzyska. Ale w orkiestrach symfonicznych co roku dostępnych staje się od 250 do 300 miejsc pracy. – "Creative Industries. Contracts between Art and Commerce" Richard E. Caves

 

Prawdziwy artysta wybierze uznanie kolegów po fachu oraz koneserów nad dostarczanie rozrywki masom, ale prawdziwe pieniądze zarobi zaspokając gusty masowe. Uznanie w artystycznej hierachi zdobywa się wśród innych artystów i koneserów, zazwyczaj pokazując wysoki kunszt w posługiwaniu się technikami niezrozumiałymi i o efektach niezauważalnych dla przeciętnych konsumentów sztuki. Ale przeciętnych konsumentów od co najmniej XIX wieku jest o wiele więcej niż koneserów. I nawet jesli koneser jest gotów płacić więcej, to artysta zarobi więcej tworząc dla odbiorców o przeciętnym guście.

I nie jest to jakiś nowy problem, lecz dylemat dotyczący artystów od co najmniej XVIII/XIX wieku. Pięnie ujął to Leopold Mozart  w liście do swojego syna Wolfganga Amadeusza:

„Gdy nie masz żadnych studentów na Boga dołóż starań, by skomponować coś co zwiększy twą sławę. Krótkiego! Łatwego! Popularnego! Porozmawiaj z wydawcą, by poznać co zechce nabyć. To nie jest żadne upodlenie. Czyż gdy byliśmy w Londynie nie było tak, że Christian Bach nie robił nic innego niż komponował takie małe błyskotki? Mały utwór jest wielki, gdy jest lekki i płynie naturalnie, oraz dobrze ugruntowany jest w podstawach muzyki. Komponowanie w ten sposób jest trudniejsze niż komponowanie najbardziej niezrozumiałych utworów o sztucznej harmoni.” –

– "Quarter Notes and Bank Notes. The Economics of Music Composition in the Eighteenth and Nineteenth Century" F.M. Scherer

XIX wieczni kompozytorzy woleli komponować symfonie na cale orkiestry, które stawały sie wielkim wydarzeniem i przydawały im blasku i rozgłosu. Ale wydawcy nut muzycznych, którzy w dużej mierze wówczas utrzymywali kompozytorów woleli drukować sonaty. Te krótkie  nieskomplikowane utwory można było grać jako rozrywkę w zaciszu domowym w jedną lub niewiele osób podcza domowych przyjęć. A w świecie bez gramofonu, że o przysłowiowej wieży nie wspomnę było to jedyne źródło muzyki, na które był odpowiednio duży popyt.

0 comments… add one

Leave a Comment